Rywalka? – Czwartek/Piątek, 25/26 kwietnia
Czwartek. Po prawie całym tygodniu (od piątku) siedzenia w domu pełna sił poszłam do szkoły i… dowiedziałam się, że od poniedziałku do naszej klasy chodzi nowa dziewczyna. Rinkaji Meshika… wyróżniała się z tłumu. Długie, czerwone włosy od razu rzucały się w oczy. Już po pierwszej lekcji podeszła do mnie i z uśmiechem na ustach się przedstawiła.-Ja… jestem Mirajane. – powiedziałam trochę niepewnie. Dziewczyna wydawała się być miłą osobą, ale jednak coś mi nie pasowało…
-Hajimemashite! – powiedziała z uśmiechem.
-Ale od razu mówię, że to ja tutaj będę szkolną idolką, jasne? – dodała po chwili, z lekką wrogością w głosie.
-Niezbyt rozumiem, o co ci chodzi… - stwierdziłam, niezbyt przejęta.
-Wiem, że spora część chłopaków z naszej klasy się tobą interesuje… zwłaszcza mój ukochany kuzyn… nie myśl sobie, że tak łatwo ci go oddam.
-Ale o co ci chodzi?
-O to, żebyś się odczepiła od Naokiego!
-Ale to raczej on się do mnie przyczepił…
-Raczej ci nie uwierzę… - syknęła.
-Poza tym, tylko się przyjaźnimy i nic ci do tego. – miałam ochotę się na nią rzucić…
*Zrób to!* -usłyszałam jakiś głosik w mojej głowie.
*Rzuć się na nią, wydrap oczy tej małej dziwce!* -znowu. Złapałam się za głowę…
-Przestań… Przestań! – zaczęłam krzyczeć, nawet nie wiem kiedy. Cofnęłam się, opierając plecy o ścianę. Na twarzy Meshiki malowało się zdziwienie mieszane z pogardą.
-No już, bez przesady. To, że chciałam ci tylko podokuczać, to nie jest powód do krzyku. – powiedziała z irytacją w głosie i sobie poszła.
*Baka! (Idiotka!) Straciłaś taką sytuację! A mogło być tak pięknie, tak krwawo…* -znów usłyszałam ten głos… brzmiał jak… jak mój własny. Czyli ta osóbka może się ze mną komunikować? Od samego początku siedziała cicho gdzieś daleko, w krańcach mojej podświadomości i tak n nagle się odzywa? A może… może jej siła zależy od mojego nastroju? A co jeśli ona niedługo weźmie górę nad prawdziwą mną? Dużo pytań nasuwało mi się do głowy, ale tajemniczy głos umilkł… znów byłam sama w swoim ciele. Ale nie wiem, na jak długo…
Zabrzmiał dzwonek na lekcje. Szybkim krokiem poszłam w stronę sali i wpadłam na kogoś, upadając na ziemię. Wpadłam na… Kai-kuna?
Wcześniej niezbyt ze sobą gadaliśmy, może ze dwa-trzy razy zmieniliśmy parę zdań… wysoki chłopak, o włosach w kolorze głębokiego fioletu i słodkich, ciemnoróżowych oczach.
-Gomene (wybacz), Mira -chan.– powiedział z uśmiechem i podał mi rękę, żeby pomóc mi wstać.
-Arigatoo, Netsumoshi-kun. – chwyciłam dłoń i dość niezdarnie się podniosłam.
-Mów mi Kai. Nie lubię, jak ktoś, do kogo od dawna mówię po imieniu, zwraca się do mnie po nazwisku…
-Hai (dobrze), Kai-kun. – uśmiechnęłam się.
-To co, Mira-chan? Idziemy razem do klasy?
-Hai. – uśmiechnąłem się i poszłam razem z chłopakiem, który po raz pierwszy mnie zaintrygował… wcześniej jakoś nie zwracałam na niego uwagi.
Kiedy tylko weszliśmy do klasy, zostałam spenetrowana wzrokiem przez Meshikę… widać, że niezbyt podobało się jej zainteresowanie płci przeciwnej moją osobą i jakby mogła, to zabiłaby mnie wzrokiem. Odpowiedziałabym jej obojętnością, ale jakoś nie potrafiłam. Mój wzrok… wzrok psychopatki, która z chęcią mordu w oczach skutecznie ją przestraszył. Odwróciła się, a ja z uśmiechem na ustach zajęłam swoje miejsce. Po chwili otrząsnęłam się i ze strachem przed samą sobą skryłam twarz w dłoniach. Brak samokontroli zdarzał mi się tylko na samym początku i w chwilach zagrożenia… A teraz co? Wystarczy na chwilę spuścić gardę, a już zachowuję się kompletnie inaczej.
Wcześniej na to nie zwróciłam uwagi… ale Meshika nie była przecież jedyną osobą w tej klasie. Wszyscy dostrzegli moje krwistoczerwone oczy i ukrytą w nich śmierć… Wszyscy na te kilka chwil się ode mnie odwrócili… przyjaciele poznali tą mnie, której wcześniej nigdy nie widzieli. Zaczęłam się bać, że przez tą małą wpadkę mogę ich stracić…
Na przerwie jednak okazało się, że mój lęk był niczym nieuzasadniony… widać nie chcieli zaczepiać tego tematu, więc starali się wyrzucić tamto wydarzenie z pamięci. Siedzieliśmy tak, już od jakiegoś czasu we czwórkę. Ja, Azusa, Naoki i Takashi. Ale tym razem, nasze grono na chwilę się powiększyło. Do Naokiego od tyłu podeszła jego czerwono włosa kuzynka i mocno go przytuliła…
-Na-o-ki-kun! – zachowywała się jak z jakiegoś shonena mieszanego z ecchi… uśmiech na ustach, cycki wtulające się w głowę niewinnego chłopaka i przy okazji kazirodztwo… idealna postać shonena ecchi. Przewróciłam oczami, nieco zirytowana tą sytuacją. Meshika to zauważyła, więc od razu się od niego odkleiła i ze sztucznym uśmiechem na twarzy zwróciła się do wszystkich. Naoki jakoś niezbyt się zdziwił całym zajściem, tak, jakby to nie był pierwszy raz,
-Mogę się do was przyłączyć? – spytała tak słodko, jak się tylko dało. A może nawet i bardziej… co ona, otaku?
-A czemu akurat do nas?- spytałam, ale zachowując neutralność w głosie.
-Jak to „czemu”? Bo tutaj jest mój kochany Naoki-kun! – poczochrała jego włosy, a on delikatnie, ale stanowczo odepchnął jej rękę.
-Meshika-san… rozumiem, że mnie lubisz, ale powinnaś tak tego okazywać. To nie jest normalne. – odpowiedział, kiedy ta z lekko zdziwioną na niego patrzyła. Popatrzyłam na Azusę, która był równie zniesmaczona tą sytuacją co ja.
-Właśnie, Rinkaji-san, może lepiej pogadaj z kimś innym? Gadamy tu o dość… prywatnych sprawach. – dodała Kawasaki. Wszyscy pokiwali głowami, choć to nie do końca była prawda.
-H..hai… - powiedziała, wciąż się uśmiechając, ale ja widziałam w niej złość z niepowodzenia misji poderwania Naokiego. Po chwili odeszła, a my odetchnęliśmy z ulgą.
-Od dawna cię męczy? – spytałam.
-Odkąd tylko pamiętam, ale od ostatniego tygodnia jakoś bardziej… jest jedynaczką, więc uważa mnie za kogoś bliższego niż tylko kuzyn w sąsiedztwie. – stwierdził, a zaraz po tym zadzwonił dzwonek na lekcje.
…
I piąteczek. Który to już? Chyba czwarty… Kiedy ten czas minął? Od czterech tygodni jestem w Japonii!
Chociaż byłam w szkole tylko wczoraj, to i tak już pragnęłam weekendu. Miałam iść dzisiaj do Azusy. Jeszcze nigdy u niej nie byłam! Poza tym, chciałam jej o wszystkim powiedzieć… chociaż to nie było takie proste. Poza tym, od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czemu policja nie nagłaśnia sprawy. Może boją się o reputację naszego małego miasteczka? A może chcą udowodnić, że sami są w stanie rozwikłać sprawę morderstw? Nie wiem. Wiedziałam, że póki co jestem bezpieczna, bo znając umiejętności tutejszych śledczych… nic nie zdziałają.
Przechadzałam się w zamyśleniu po korytarzach, mijając wielu uczniów, których nie kojarzyłam nawet z twarzy. I oczywiście musiałam na kogoś wpaść! A tym kimś oczywiście musiała się okazać Rinkaji Meshika…
-Uważaj jak chodzisz, bakayro! – warknęła i odepchnęła mnie.
-Mogłabyś być trochę milsza, wiesz!? Przecież nie zrobiłam tego specjalnie… a może i zrobiłam? – zaśmiałam się i poszłam dalej. Nawet nie spojrzałam na reakcję czerwonowłosej.
*Za dużo świadków, nie tym razem…* - znów usłyszałam głos, ale postanowiłam go zignorować. Potrząsnęłam tylko głową i wyjrzałam przez okno. Na dziedzińcu było już sporo osób. Nic dziwnego, przecież jest przerwa obiadowa trwająca od 12.30 aż do 13.25. Tak, to długa przerwa. Nie miałam ochoty na nic, więc chciałam wrócić i pouczyć się w spokoju, w klasie. Pech chciał, abym musiała się potknąć, wchodząc po schodach. Upadłam i usłyszałam głośne chrupnięcie.
Bałam się otworzyć oczy… ale zadziwiający brak bólu, ciepło i miękkość czyjegoś ciała mnie do tego zmusiły. Niechętnie otworzyłam powieki, by zobaczyć, na kim leżę.
-Mam cię… - na pierwszy rzut oka myślałam, że to znów jakiś słodki chłopak. Dopiero po chwili zdołałam ogarnąć, że to przewodnicząca samorządu szkolnego, Kaikara Tsubaki. Oryginalna dziewczyna, zachowywała się kompletnie jak chłopak. Krótkie, jasnobrązowe włosy dodawały efektu, ale jej fioletowe oczy podkreślały jej dziewczęcą urodę. Z drugiej strony, jakby obandażować jej klatkę piersiową i ubrać w męski mundurek, to nie sądzę by ktokolwiek poznał, że jest kobietą.
-Gomen nasai (Bardzo przepraszam), Kaikara-san. – spojrzałam jej w oczy, w których wyraźnie widziałam ból. Przypomniałam sobie chrupnięcie… coś przecież chrupnęło, a to nie były moje kości, więc… jej?
-Grunt, że tobie się nic nie stało, Mira-chan. – uśmiechnęła się, choć była blada jak ściana. Delikatnie się podniosłam, ale pomimo to dziewczyna krzyknęła. Zaczęłam rozpaczliwie rozglądać za kimkolwiek, kto jest sprawniejszy ode mnie. Znaczy, raczej nie miałabym problemu z podniesieniem rannej, ale lepiej żebym tego nie robiła. A co, jak się znowu potknę? Wolałam nie ryzykować.
-Pomocy! Pomóżcie mi! – zaczęłam nawoływać, ale nikt się nie zjawiał. Podbiegłam do najbliższego okna, z impetem je otworzyłam i krzyknęłam na cały dziedziniec. Wszyscy od razu zwrócili się w moim kierunku, najpierw ze zdziwieniem, a potem z determinacją. Większość porzuciła swoje drugie śniadanie, rozmowy i pobiegli na pomoc. Już po chwili przy Tsubaki-san było kilka osób, którzy sprawdzali jej stan. Dokładnie trzydzieści sekund później była w objęciach jakiegoś trzecioklasisty, który od razu bardzo uważając pobiegł truchtem w kierunku gabinetu pielęgniarki. Część osób poszła za chłopakiem, a reszta wróciła na dziedziniec. Ja oczywiście byłam w tej pierwszej grupie.
Wchodząc do gabinetu pielęgniarki nie spodziewałam się, kogo tam zobaczę.
-S..SARA!? – krzyknęłam, kiedy ujrzałam niebieskooką blondynkę. Tak dawno jej nie widziałam… odkąd wyjechała kompletnie się od nas oderwała. Straciliśmy z nią kontakt. Do tej pory nie wiemy, czemu tak postąpiła… przynajmniej ja nie wiem. Zakładam, że to był jakiś chory pomysł mojej matki.
-M..MIRA!? – krzyknęła równie zdziwiona co ja. Zaczęła chować się za tłumem gapiów, odrywając się od pracy pielęgniarki. Wszyscy się na nas patrzyli, zdziwieni całą tą sytuacją.
-ALE CO TY TU ROBISZ!? – krzyknęła zza pleców jakiegoś chłopaka, wymachując do mnie ręką, w której coś trzymała. Chyba młotek. Miała minę a’la „>.<” .
-J..JA? Raczej co TY tu robisz!? A w sumie, teraz to nieważne, zajmij się że tą dziewczyną! – Sara, lekko przestraszona, posłusznie podeszła do rannej i kontynuowała badanie. Przyglądałam się jej, wciąż niezbyt wiedząc, co robi tutaj bliźniaczka Kurta…
Po chwili usłyszałam karetkę. Do szkoły wbiegli lekarze z noszami i zabrali Przewodniczącą. Chyba kilka osób płakało…
Kiedy większość uczniów już wyszła, podeszłam do Sary.
-Czemu się do nas nie odzywałaś?
-Nie twoja sprawa, Mira... A ty co tutaj robisz? Nie mieszkacie już w Anglii? – spytała, nie patrząc na mnie. Myła ręce.
-Kurt nie. A ja od czterech tygodni mieszkam z nim tutaj. Czemu się do nas nie odzywałaś? – spytałam ponownie.
-Bo nie chciałam. Nie po tym, co mi zrobiliście. – odeszła od zlewu i usiadła za biurkiem, wciąż na mnie nie spoglądając.
-Wyjaśnisz mi, o co chodzi? – nie zamierzałam się poddawać. Chciałam wiedzieć, czemu ona zostawiła nas, kiedy miała piętnaście lat… ja miałam wtedy cztery. Przez pierwszy rok jeszcze co jakiś czas dzwoniła, ale potem nawet mama przestała się nią interesować.
-Idź lepiej do domu. Może kto inny ci powie. – powiedziała i dosłownie wypchnęła mnie za drzwi.
*Matko… aż tak ciężko powiedzieć kilka zdań?*
Rozległ się dzwonek na lekcje… i po mojej przerwie. Lekko zirytowana poszłam do klasy. Przez resztę lekcji nie mogłam się skupić. Co ona tu robi?
…
Wchodząc do domu powitał mnie, oprócz wesołego szczekania psa, miły i ciepły uścisk.
-Wróciłeeem! – krzyknął uradowany Kurt.
-No nareszcie. Mam do ciebie kilka pytań…
-Pytaj o co chcesz! Poza tym, co to za śliczny pieseczek? Jest cudowny!
-To Hauru… może z nami mieszkać? Jest ze mną od ponad tygodnia.
-Jasne! – uśmiechnął się i pogłaskał psa. Usiedliśmy w salonie. Z moich ust znikł uśmiech i pojawił się grymas świadczący o zmartwieniu.
-Mira? Coś się stało? – spytał po chwili Kurt, nie zaprzestając pieszczenia zwierzaka.
-Wiedziałeś, że Sara tu mieszka, prawda? – spojrzałam mu w oczy, w których nie dojrzałam niczego więcej oprócz powagi i spokoju.
-Tak, wiedziałem.
-To czemu mi nic nie powiedziałeś? Przecież wiesz, jak za nią tęskniłam!
-Tak, ale ona prosiła o dyskrecję. Wiesz, jak to jest.
-Nie, nie wiem! Wytłumacz mi!
-Słuchaj Mira… to są nasze prywatne sprawy i…
-Ale one dotyczą też mnie. Czemu Sara z nami nie mieszkała? Chcę wiedzieć…
-Dobra, słuchaj… mieliśmy ci tego nie mówić, ale skoro się tak upierasz… trudno. Ale powiem to tylko raz! Nie jesteś naszą rodzoną siostrą.
Zatkało mnie… W tym momencie do głowy napłynęło mi wiele, wiele pytań. Trudnych pytań. Czemu mama nic mi nie powiedziała? Czemu to przede mną ukrywała? Czemu wcześniej nie zauważyła braku podobieństwa między mną, Kurtem i Sarą?
-Tak jak wiesz, matka jest Brytyjką, a ojca poznała w Japonii. Tutaj urodziłem się ja i Sara, a kiedy matka zaszła w ciążę z tobą, to przenieśliśmy się do Anglii. Jak mój ojciec zobaczył cię tuż po narodzinach, od razu spostrzegł, że matka go zdradziła. Bez słowa wyjechał do swojego rodzinnego domu, chcąc zabrać mnie i Sarę. Matka mu na to nie pozwoliła, więc umówili się, że nigdy nie dowiesz się, kto jest twoim ojcem. Jednak po kilku latach ojciec poczuł się bardzo samotny, więc do nas wrócił. Pamiętasz te wakacje? Wtedy, kiedy miałaś cztery lata.
-T..tak. – nagle sobie przypomniałam wysokiego, silnego mężczyznę o blond włosach z krótką broda i wąsami. Mówiłam do niego „tato”. To były tylko skrawki wspomnień, to było tak dawno… Pamiętam też, że był wesoły i się ze mną bawił. Spędził u nas całe lato, a potem wyjechał i więcej nie wrócił.
-Wtedy właśnie zabrał ze sobą Sarę. Na początku chciał ciebie, ale matka mu na to nie pozwoliła.
-Rozumiem… - odparłam, nie wiedząc, co powiedzieć.
-A wiesz może, czy mogłabym się spotkać z moim ojcem? Chciałabym go poznać.
-Nie wiem, gdzie aktualnie mieszka, ale mogę podać ci jego imię i nazwisko… pod warunkiem, że nikomu nic nie powiesz.
-Obiecuję!
